wtorek, 23 grudnia 2014

Świąteczne prezenty/ pak pak pakowanie/ cz.3

Oczywiście nie zdążyłam zrobić wszystkiego zgodnie z planem. Maszyna mi się zacięła, plątała nici i nie miałam sił już jej rozkręcać i rozpracowywać. Zabrałam się za gotowanie i pakowanie. Dostaliśmy tyle ciepła od innych. Tyle prezentów cudnych, że nie sposób słowami podziękować. A tu jeszcze świąt nie ma. Czekam za resztą prezentów  i wypatruję kuriera, sprawdzając nr paczki przewozowej i jej śledzenie, co 15 minut. I jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że część prezentów dotrze dopiero po świętach- choć gwarantowali :(:(:( No nic przyszły rok  prezenty robię w listopadzie. Wrzucam na szybko pomysły jak zapakować cudne dary. Część z nich stała się inspiracją, ale sama ich nie wykonałam. Część pomysłów z poprzednich lat.


prezent cudnie zapakowany od sąsiadów :)


Bajkowy rysunek na paczce z przepysznymi pierniczkami ;)

Bajkowe gwiazdki, literka, i papier

Omniom mniom pysszzne renifery, aż musiałam się podzielić smakiem z innymi :)






Grzaniec domowy bezalkoholowy - inspirowany Fonte




Amarantus prażony świetnie się sprawdza do zdobienia no i jaki zdrowy

Bo w końcu się zobaczyliśmy, a Pani piernikowa będzie wisieć na choince i przypominać o dobrych ludziach :) No i kawalera już ma - ten wyżej z chęcią by powisiał na gałązce tuż obok











Buziaki NTKD


PS. postanowienie noworoczne - obiecywać tylko wykonalne rzeczy :)


zapraszam na fb



Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.


czwartek, 18 grudnia 2014

Świąteczne prezenty/ ja pierniczę/cz.2

Ja pierniczę, czyli jak podarować pierniki, aby nie było standardowo, czyli nawalone orzechów, cukrowych posypek, lukru, czasami żurawiny. Takie też są dobre, ale jakie oczywiste. (Choć z chęcią takie przyjmujemy- brzuch mój uwielbia takie misz- masze.) Już nie wspomnę o tych, co pracują jako wiedźmy korzenne... to już w ogóle sam zapach piernika przyprawia o mdłości. Poniżej dużo zdjęć, każdy się zorientuje, co jest czym i które zdobiłam z A.na rękach, bo przytulas z niej ku mojej radości - choć nie ukrywam, że chciałabym, aby wyrosły mi dodatkowe ręce :)

Zagrasz ze mną?  
czyli 28 kostek i mega dużo radości :) Można grać o to kto zmywa ( bo jeszcze zmywarka nie osiągnęła gabarytów mikro, aby ją upchnąć w naszej mikro kuchni), albo kto wygrywa zjada wszystkie. Podarunek dla wytrawnych graczy:P Jeśli ktoś ma wykrawaczkę- to wyjdą ładniejsze. Jeśli ktoś ma pędzelek lub małą szprycę cukierniczą- tez wyjdą ładniejsze. Ale z sercem robiłam - trza docenić :)













Skandynawskie klimaty
bo jak już kiedyś pisałam na starość wrócę do Finlandii. Już nie będę zbierać groszku, będę dzianą znaną archiwistką na emeryturze sadzącą kwiaty i dokarmiającą łosie i renifery. A na zimne dni będę wyjeżdżać do willi w Chorwacji :) Jednak naukę fińskiego od czegoś trzeba zacząć i można to zrobić ze ŚWIĘTYM MIKOŁAJEM :)

konkurs: co to za krzyżówka zwierząt? :)

prototyp sarenka zmieniła się na ciastku w renifera :)


Ciacho z przesłaniem

można napisać wszystko na takim ciasteczku. Od wyznania miłości po podpis. Ogranicza nas tylko wielkość ciasteczka.Nie mam jeszcze typowo świątecznych, bo najlepsze są świeże, ale wrzucam choć takie na inspirację:)






Kolejna część jeśli Ł. zajmie się A. w weekend będzie o szyciu lub pakowaniu prezentów. Jeśli się nie pojawi do poniedziałku, wpis, to kiepsko z prezentami od nas będzie :) 


NTKD zarobiona po pachy

 i aż nie mogę uwierzyć, że takie słabe zdjęcia wrzucam. Oszzzzzzzz spadłam z jakością oj spadłam.

PS. nie ja jedna wpadłam na pomysł z panem ciastkiem i reniferem, więc mój geniusz nadal muszę odkryć i udowodnić  na innych  pomysłach :) 



zapraszam na fb



Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.


niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczne prezenty/alter ego pana ciastka/ cz.1

Obiecałam 100 lat temu napisać post świąteczny z pomysłami na prezenty ręcznie robione. Takie są najlepsze, bo z sercem w środku. Przygotowując się do świąt i szykując z Mamą listę prezentów uświadomiłyśmy sobie, że wszystko, co najpotrzebniejsze mamy, że czego nam najbardziej potrzeba to swojego towarzystwa, odrobiny czasu tylko dla rodziny bez pośpiechu, z graniem w Rummikuba lub Scrabble oglądając Kevina samego w domu. W tym roku nie chcemy szaleć z prezentami świątecznymi wydając mnóstwo kasy- robimy sobie prezenty i tak na bieżąco przez cały rok:) Dlatego postanowiłam dla każdego zrobić coś smakowitego lub miłego lub zabawnego. Przy okazji zdradzam moją coroczną dewizę świąteczną: BYĆ, A NIE MIEĆ :) Trochę niespodzianki jednak nie wyjdą, bo rodzina i przyjaciele też tutaj zaglądają (albo tylko oni:P), ale będzie choć mała zagadka - taki fistaszek do zgryzienia- kto i co otrzyma:) Post podzieliłam na kilka części, więc częściej trzeba będzie tutaj zaglądać w przyszłym tygodniu, aby się inspirować :P 
Przy dźwiękach świątecznych piosenek Michaela Buble (wiem, wiem żenua, ale lubię :) ), rmf classic, open fm alternatywnych rockowych świątecznych utworów z przewagą All I want for christmas, przygotowuję plan działania.
Wersja robocza (podkreślam, że robocza, bo nie wiem czy się wyrobię :)) świątecznych pomysłów zakłada następujące serie:
  • kulinarna 
    • ciacho z przesłaniem
    • Alter ego pana ciastka
    • zagrasz ze mną?
    • pani mikołajowa - czyli kusząca świąteczna babeczka
    • czekolada-nadzienie-czekolada
  • krawiecka
  • pakowania
  • ozdób i kartek
  • bezseryjna (jak coś wymyślę i nie da się tego nigdzie przypasować :))

Zeszłoroczne pomysły na świąteczne prezenty 2013 można obejrzeć tutaj oraz tutaj.


ALTER EGO PANA CIASTKA

A w tym roku zaczynamy od alter ego pana ciastka. Czyli spojrzenia z trochę innej perspektywy. Zastanawiałam się długo jak tutaj w tym roku ozdobić pierniki. Nie chciałam powielać pomysłów z poprzednich lat, więc kreatywność ruszyłam. Z dzwoneczków elfie czapki robiłam, aby choć kształty nadać piernikom inne i dodać trochę świeżości. Pana ciastka wykroiłam i nie to, że wydał mi się jakiś mało świąteczny, chyba się przejadł swoim wzorem. Na szczęście ujawnił swoje nocne alter ego i zamienił się w renifera :) zrobiłam tylko jednego na razie - pozostałe czekają na kolejne warstwy lukru - w wersji testowej, więc nie jest idealnie estetyczny - sorki. Zbieram jednak pomysły, więc pierwsze wykonanie niech zostanie mi wybaczone :) Jest trochę wymagający cierpliwości i poświecenia czasu, ale warto czekać aż kolejne warstwy lukru zastygną:) Czego się nie robi dla bliskich :) A przy okazji dialog z mym lubym, zawsze wspierającym, ukochanym krytykiem.

żona(w podskokach do pokoju z gębą śmiejącą się, że pomysł wpadł do głowy, pędzi niczym struś pędziwiatr, bezszelestnie jak elf bo dziecko śpi, z machaniem rękoma i z dumą wkracza, ba wlatuje do pokoju oznajmiając swój geniusz... a może to Ł.przyszedł do kuchni ... już nie pamiętam :P): zobacz, zobacz pan ciastek będzie reniferem.
mąż: to chyba bardziej krowa?!! (krótko i stanowczo)

Jak się odpowiednio zaleje oczy pana ciastka lukrem to jednak wychodzi renifer :P Lukier robiłam sama, przy uzyciu czekolady i masła pewnie by wyszły bardziej lśniące, ale na szybko były robione. Poniżej foty renifeciacho:)

Też was denerwował zwijający się papier? Jak przy wypieku pierników zaczyna śmierdzieć spalonym plastikiem to zapomnieliście ściągnąć klipsa :)


sorry za brzydką fotę, ale o 23;30 ciężko o dobre światło u nas







 i uwaga..... alter ego pana ciastka :)






Pani Reniferowa w wersji roboczej :)





Krowa i kurczak... yyyy krowa i renifer :)




NTKD świątecznie przytula :*
oczekujcie kolejnej części już niebawem

dla rozbudzenia wyobraźni będzie o ...

zapraszam na fb



Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.





MA-MA

Łzy ciekną ze wzruszenia. W wigilię Mikołajek usłyszałam MA_MA. W wigilię Mikołajek usłyszał TA_TA. Takie oto prezenciory dostaliśmy od córki kochanej, choć płakała wtedy  i mama było zapewne słowem, które najlepiej wyraziło jej niezadowolenie i chęć przytulenia to i tak ryczałam jak bóbr. Tato też był szczęśliwy. Kolejny raz dzisiaj, Tatko głaskał córcię walczącą z ząbkowaniem, kiedy pomiędzy jękami i płaczem usłyszałam MA_MA. Wyraźnie MA_MA. A kiedy przybiegłam, jakby uspokoiła się na chwilę. To na pewno nie jest jeszcze ten etap świadomego mówienia(?), ale i tak były to najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam. Oczywiście się wzruszam za każdym razem, kiedy odtwarzam sobie w pamięci dzisiejsze dwie sylaby wypowiedziane przez naszą córeczkę. Cudownie jest być mamą, cudownie jest usłyszeć to słowo od swojego dziecka.

 MA_MA




 MA_MA

NTKD
Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.



środa, 19 listopada 2014

Ptasia mama

Tak, tak zima na całego idzie. Czuć to w powietrzu. A wpis będzie o ... nie powiem, przeczytajcie do końca :) Na początek stare fotki ze spaceru październikowego po Toruniu, ale dalej nie będzie o gołębiach, więc zdjęcia średnio tematyczne:)



Dobroć mojego serca jest odwrotnie proporcjonalna do temperatur na dworze, im zimniej tym me serce cieplejsze i bardziej współczujące. Choć żuli zapijaczonych nigdy nie zrozumię, nawet przy -200, dobra, ale nie o nich. Kiedyś postanowiłam zjeść sobie ciasteczka na spacerze z A. Od tamtego czasu nie jem słodyczy, jak po fakcie wszamania całego opakowania w 45 minut uwidoczniło mi się 1000 kalorii w 100 gramach, a ciasteczek było niewiele poniżej tej gramatury. Było trochę cieplej niż teraz. To był jeden z tych dni, kiedy ostatnie promyki słońca docierały jeszcze do ziemi i było tak przyjemnie zamknąć oczy i buzię do słońca z wielkim uśmiechem wystawić:) Wszyscy czujemy te promyki słońca, oj taaak,jak dobrze :) Ale do rzeczy. No i przy ostatnich 3 ciastkach oglądałam sobie z A. chodzące obok nas gołębie i kruki (czy kawki czy gawrony nie wiem dokładnie- te duże czarne ptaki). Aby zaspokoić ciekawość mej cudnej córki odnośnie tych dziwnych stworzeń chodzących po trawniku i dziobiących w ziemi, postanowiłam podzielić się moimi ciasteczkami z owymi ptakami, aby dłużej przy nas zostały. Kruk złapał pierwszy kawałek i odleciał, więc sobie A. na kruka nie popatrzyła, a ja obmyślałam plan awaryjny jak tu te ptaszyska do siebie przyciągnąć. Kolejny kawałek spadł daleko w trawę, więc z kolei reszta ptaków średnio się zorientowała, że tam, o właśnie tam, tak taaaammm leży ten wspaniały, wysokokaloryczny kawałek ciasteczka. Więc ciskam tymi ciastkami wokół siebie, aby wróble stały się odważniejsze i nie bały się czatującej zgrai pozostałych kruków. Gołębie, jak to głupie ptaki miały nas w głębokim poważaniu, więc je sobie odpuściłam. A. cierpliwie wyczekiwała zwrotu akcji, mi kończyły się kawałki pokruszonych ciastek, więc w panice chciałam grzebać w ziemi i wyciągać jakieś dżdżownice, aby córce świat wspaniały pokazać, ale się w porę opamiętałam. Ptaki oczywiście robiły, co chciały. Średnio tresowane. Więc czując te promyki ciepła widzimy zieloną ławkę bez oparcia, A. w mych ramionach oraz mnie ciskającą ciasteczkami, takie ciasteczkowe tornado tworząc wokół. Jak widać na załączonym wyobrażeniu brak ptaków. Chodziły sobie coś tam skubiąc, coś rozłupując ciasteczka przy ławce olewając lub bojąc się tego tornada. Więc lekko poirytowana, znaczy się już musiałyśmy iść do domu :) zebrałam te połamane ciasteczka, aby nie było na chodniku oznak mojego ciasteczkowego szaleństwa. Idąc w kierunku do domu wyrzuciłam je na trawę niedaleko innych ptaków. Oczywiście wędrując już do domu za plecami miałam scenę wydzierania sobie kawałków, walki o największe kąski i to wielogatunkowe (od kruków przez te mniejsze czarne -kawki?, po małe wróble). A. była już w wózku, więc niewiele widziała. A ja właśnie dowiedziałam się w tej chwili, że wejdzie mi w boczki objadanie się słodkim i w panice chciałam cofnąć czas, aby tych "zdrowych" owsianych ciasteczek w ogóle nie kupować. Cała ta historia dała mi do myślenia, że biedne ptaki są głodne, dziobią ziemię i żwir, a skoro już to robią to idzie sroga zima. Biedne ptaszki. Muszę je dokarmiać w tym roku- obowiązkowo. No i może w końcu fajne zdjęcie sikorki uda mi się zrobić. Ptasiej historii to jeszcze nie koniec. Kto tu dotrwał tego pozdrawiam, już sama mam obawy,czy skończę tego posta przy moim wodolejstwie. Aby nie tracić czasu wraz z pozdrowieniami przechodzę dalej. Nie wiem, czy to tego samego dnia się wydarzyło, czy kilka dni później - te dni zlewają się w jedną masę. mmmm masa marcepanowa mmmmm ommmniom omniom (jestem na głodzie cukrowym - wybaczcie). Siedzę sobie w domu usypiam A. i nagle słyszę jakieś stukanie, pukanie jakby ktoś o szybę delikatnie paznokciem pukał. Patrzę, a tu sikorka. W pierwszej chwili myślę, gdzie jest apaaaaaraat, gdzie jest aparaaattt. Po drugie ciszej mi tam, bo mi dziecko obudzisz, a jak to zrobisz to biada tobie sikorko bogatko. Po trzecie doszło do mnie, że przecież nie mam już wolnego miejsca na kolejnej karcie w aparacie, więc zdjęć sobie nie zrobię. Po czwarte WTF- co ta sikorka robi? Na balkonie były dwie rzeczy: plastikowe pudełko od pierników przemianowane na pudełko od klamerek oraz duża świeczka. Co robiła na balkonie tego dokładnie nie wiem. Ustaliłam wersję, że podczas sprzątania parapetu wewnętrznego musiałam coś z nią zrobić i pewnie najbliżej był parapet zewnętrzny. A ta sikorka raz świeczkę dziobie, raz ten pojemnik plastikowy od klamerek. Ustaliłam wersję do tego zdarzenia również. Jestem głodną sikorką, nie masz słoniny jeszcze wywieszonej to świeczką się zadowolę (w fabryce pewnie dolali tłuszcz zwierzęcy, aby się wolniej topiła- przypuszczam), a dziobek sobie naostrzę na plastikowym pudełku. Po tym zdarzeniu oczywiście pomyślałam, jak stary góral, lub jak kujawianka - oj idzie zima ostra, ptaki zapasy już robią, idzie zima. Winter is coming:)  Już prawie koniec- obiecuję, pozdrawiam już pewnie nielicznych, którzy tu dotarli:) Zakupiona została, więc słonina. Aparat chociaż na 10 zdjęć uszykowany, słonina zawisnęła w strategicznym miejscu ( aparat uchwyci, ptak się nie spłoszy). Wyczekiwałam co 10 min sprawdzając, czy już mam sikorki na balkonie, czy już piękne zdjęcie uda mi się wykonać, ale bez powodzenia. Nagle usypiając A. ( znaczy się już pewnie dawno spała, ale jeszcze przytulałam się do niej z jednym okiem śpiącym :P ) usłyszałam jakiś hałas na balkonie. Był co najmniej dziwny. Oko śpiące wyobrażało sobie bezdomnego wdrapującego się po balkonach po słoninę na kanapki. Oko nieśpiące realnie próbowało coś podpowiadać, ale siła wizji bezdomnego odcinającego słoninkę była silniejsza. Postanowiłam sprawdzić co to i ratować w razie czego nasz dobytek piwniczny, bo ni mamy piwnicy, więc pędzle, farby i inne szpargały trzymamy na balkonie. Taki składzik wielofunkcyjny. Więc krokiem tajniaka, ninjy i karateki szłam w stronę balkonu przypominając sobie wszystkie niezbędne ciosy z kursu samoobrony. Docierając na balkon zobaczyłam wielkie skrzydła. Ikar jakiś czy co z tego bezdomnego myślę sobie. Ale nie to tylko walka srok, wielkich srok z wielkimi skrzydłami, z wielkimi ogonami i dziobami o kawałeczek słoninki dla sikoreczki bogateczki. Wychodząc na spacer nr 2 widziałam, że więcej ptaków okupuje nasz balkon. Oczywiście ani jednej sikorki.Więc po ustaleniach, ze duże kupy ptaków ciężej jest zmyć, w tym roku ptaków nie dokarmiam. Przynajmniej do czasu kiedy balkonu nie zasłoni śnieżny puch, a wiosna nie zmyje wraz z nim ptasich kup :P Zresztą w regulaminie spółdzielni jest napisane, że nie można dokarmiać ptaków na balkonach. Nie pytajcie i nie oceniajcie faktu czytania regulaminu spółdzielni. Innym razem może opiszę, ale już na pewno krócej. No i chyba lepiej ptasia niż kocia - prawda? :)



NTKD całuje :* 

zapraszam na fb

PS. już wiem dlaczego nie mam na nic czasu - prowadzę bloga :P  

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.



wtorek, 18 listopada 2014

Pół roku :)



I jak z bicza strzelił - minęło pół roku z małym haczykiem. To już 6 miesięcy ściskam, całuję, tulę... i zaczynam się trochę bać tej odpowiedzialności za wychowanie, za organizację dnia, za dobre nawyki, za rozwój. I ciągle mam wrażenie, że nie mam na nic czasu, na czytanie książek (nie mówię o tych dla przyjemności, bo przecież trzeba podłogę umyć, obiad ugotować na jutro, zabawki posprzątać. Mówię o tych naukowych wyjaśniających co dlaczego i jak, aby dziecko wyrosło na dobrego człowieka), na poukładanie pomysłów w głowie na tygodniowe zabawy ( np. tydzień morski, tydzień ze zwierzętami - pomysłów miliony na prace plastyczne, na podróże, na zbieractwo :)), na myślenie o niani i powrocie do pracy,na uszycie wszystkich projektów, na zgranie i wypalenie miliona zdjęć. I zgniata mnie trochę to wszystko. Natłok obowiązków, odpowiedzialności- może to to, a może coś zupełnie innego. Może poczucie osamotnienia w tych wszystkich zadaniach. Sama nie wiem. Staram się skupić na A., pomijając wszystko pozostałe, siebie również, co psychicznie nie wychodzi mi na dobre, ale A. jest tutaj najważniejsza. Przez to pół roku tak się zmieniła, a ja jestem taka dumna z oznak jej samodzielności, choć mamycycuch też z niej trochę jest. Na przedramieniu chyba sobie zafunduję tatuaż, aby nigdy o tej dewizie nie zapomnieć: "NIE ZABIERAJ KAMIENI SPOD NÓG SWOJEGO DZIECKA, BO JAK DOROŚNIE PRZEWRÓCI SIĘ O ZIARENKO PIASKU". Miłość rośnie cały czas i osiąga kosmicznie wielkie gabaryty. Zęby zaczynają rosnąć, umie kręcić się na brzuchu(pracujemy nad obrotami brzuch-plecy i początkach raczkowania). Zmieniają jej się smaki raz coś lubi raz niekoniecznie. Lubi sobie "śpiewać" (szczególnie przy jedzeniu zupy) i turlać się na dmuchanej piłce od babci E. Czupryna rośnie i już czekam na te gumeczki, spineczki, warkoczyki, loczki i kokardki :) Zakładanie pieluchy i śpiochów to wyzwanie przy takiej wiercipiętce. Cieszę się z każdej chwili, starając się nie wybiegać w przyszłość, bo zgubi się to co tu i teraz. Znaczy się myślę o przyszłości, ale nie odliczam z wyczekiwaniem dni kiedy zacznie chodzić, kiedy mówić i pokazywać. Jasne, że czekam na to, ale cieszę się też z podgiętej nogi, przewrotu, wyciągniętego języka i wielkiego uśmiechu w moim kierunku kiedy jestem zamyślona. Dni mijają nieprawdopodobnie szybko. Pół roku. WOW! A to dopiero początek :):):)


NTKD


zapraszam na fb

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.


niedziela, 26 października 2014

Zasady piątego miesiąca

Tym razem bez zdjęć. Więc miłego czytania :)


10 zasad piątego* miesiąca A.: 
  1.  Zasada braku pośpiechu: Gdy tylko mama się spieszy muszę przypomnieć, iż nadmierne spieszenie się piękności szkodzi i przed wyjściem należy raczej żółwie tempo włączać, a nie na czas biegać. Czyli inaczej zasada "jak kupą nauczyć mamę spóźniania się". Prawie zawsze mi wychodzi :P 
  2. Zasada uśmiechu: Co tam kotki (miauł), co tam pieski (hau hau), co ta myszki (pii, piii) ja lubię wampiry (wryyyy, łaaaaa, hrryyyy). Chcesz uśmiech mój zobaczyć wciel się w Drakulę lub inne potworki, chichoczę pod nosem i czasami pozwalam sobie zrobić zdjęcie z uśmiechem :)Chcesz więcej? Patrz zasada nr 3. 
  3.  Zasada uśmiechu wersja rozbudowana: Kiedy mam się chichrać i wydawać śmiechowe dźwięki należy wybrać jedną z poniższych opcji (dopuszczam również łączenie ich w dowolnej konfiguracji)
      • bieg w miejscu (opis: trzymając mnie na rękach należy tuptać, biegać, podskakiwać w miejscu tak, aż się spocisz, najlepiej wydając jakieś dźwięki typu uhuuu, uf, sap, sappp)
      • udawanie Egipcjanina (opis: ja odpoczywająca na leżąco patrzę jak wyginasz ciało i ręce zgodnie z egipskimi normami utrwalonymi hieroglifami na najstarszych papirusach, czyli zasada jak tata udaje Egipcjanina)
      •  lustereczko powiedz przecie (opis: Przyglądając się sobie jakoś nie mogę się powstrzymać od uśmiechu. W końcu jestem najpiękniejszą dziewczynką na świecie. Mama z tatą codziennie mi to powtarzają, więc to musi być prawda. Bo tata ma rację, a mama ma zawsze rację :) )
      • Lampki Alladyna (opis: Kup lampki z netto, najlepiej te z motylami oraz z żyrafą, słoniem i dinozaurem. Zawieś je na wieszaku i umieść przy lustrze. Chwyć mnie i pokazuj te lampki określając przy okazji gdzie się znajdujemy: daleko, blisko, w dole lub w górze. Przydatna rada: lampki mają być zapalone, a pozostałe źródła światła najlepiej wyłączone. Jeśli chcesz, abym śmiała się za dnia... kombinuj co zrobić ze słońcem. Przecież to wszystko dla mnie :) )
  4. Zasada małej czarnej: Czarny kolor jest nudny i taki przewidywalny, dlatego postanawiam podrasować trochę świat białymi mazgajami. Bo jakże nowocześnie i disajnersko wygląda mała czarna z białym mazgajem na plecach lub ramieniu. Podobnie jak zasada nr 1 wychodzi mi prawie zawsze. Często inne kolory też wymagają mojego disajnerskiego podrasowania, zazwyczaj w chwili "wystrojenia się" mamy. Moje dzieło stanowi kropkę (plamę) nad "i":) Mój wkład we współczesny świat mody jest niedoceniany, ale jeszcze przyjdzie czas kiedy zawładnę światem ha ha ha (tutaj wstaw sobie demoniczny śmiech i zacieranie rąk :P:P:P)
  5. Zasady jedzenia
      • Po pierwsze, aby mamie już nie ciekły łzy w chwili, kiedy MUSIAŁA podawać mi raz mleko z butli, wykręcam się i daję znak, że mi nie smakuje i chcę cycuszka z mleczkiem od mamy. Wtedy mamie jest trochę lepiej i z dużą ulgą podaje mi swoją pierś. Bała się, że zasmakuję w modyfikowanym i już nie będę chciała naturalnego, ale przecież mleczko mamy jest najpyszniejsze. Już nieźle przybrałam, więc mleka z butli na razie nie będzie. JUUUUPIII:) Centyle sryle. Jestem drobna i filigranowa i już. Taka Calineczka :)
      •  Patentem byłby śliniak na stopy. Znaczę znamionami jedzenia każdą skarpetkę. Co zjem to zagryzam stopą :)
      • Najbardziej,poza mlekiem, lubię kaszki, kaszeczki, kaszunie. Ryżowe kukurydziane, mleczno-ryżowe (słodkie i z mlekiem modyfikowanym, ale dla siły muszę trochę przybrać)
      • Aby Tacie pokazać jak wróci z pracy, co jadłam przez cały dzień chowam w fałdkach na szyi próbki. Mama zawsze się zastanawia jak to robię, bo po każdym posiłku myje mnie prawie całą. Czasami coś zachowam we włosach lub na karku i plecach, wówczas podczas kąpieli [którą bardzo lubię i mam to szczęście, że myje mnie i tata i mama] dopiero mam możliwość pokazania tatusiowi, co jadłam :)  
      •  Jak ssę prawą pierś to nogą prawą podryguję na znak TANKOWANIE ROZPOCZĘTE. A jak lewą to się rozciągam.
      • królika, marchewki i ziemniaka nie lubię - no chyba, że mam podane tzw. "oszukane kaszki" :) lub bardzo wodnistą zupkę.
      • Woda z kąpieli mi smakuje :)
6.Zasada słuchania radia: Radiowe głosy panów dziennikarzy sprawiają, że trochę jestem zdezorientowana i wzrokiem w przedpokoju szukam tych osób, które przyszły i rozmawiają przecież, a ja ich nie widzę.

7. Zasada nie mówienia nic sąsiadce: Usłyszałam, że mówiła do mamy. "Ma Pani mało kaloryczne mleko, albo za mało i już jej nie wystarcza. Sama przez to przechodziłam to 30 lat temu, więc wiem". Mama się wystraszyła, że może tak może być, ale na spotkaniu laktacyjnym wszystko już wyjaśniła pani Hania.  I mama z happy endem przeszła kryzys laktacyjny 5 miesiąca:) No i kolejny raz "nieomylność" PRLu została podważona:) Ale Panią sąsiadkę pozdrawiamy, bo jest sympatyczna. A Panią Hanię pozdrawiamy podwójnie, bo jest niezwykłą specjalistką.Bajka też pomogła oraz czytanie o relaktacji. Tak się piersi wystraszyły, że podwójną produkcję rozpoczęły.
8. Zasada nie mówienia facetom o fitness'ie: I znowu mama miała stres słysząc od faceta " Nie ćwicz, bo spalasz mleko". HA HA HA HA HA HA HA HA HA

9. Zasada zmiany czasu: Kto to wymyślił? Już miałam tak fajnie uregulowany sen i jedzenie, a teraz zasypiam o 18 zamiast później, a budzę się o jakiejś nieludzko wczesnej godzinie. Zobaczymy jak to będzie za kilka dni, może powrócę do starych nawyków i rozkładu dnia:)

10. (last but not least) Zasada kochania tych, którzy mnie kochają: komentarz jest zbędny, wiadomo kogo kocham :) Pozostałym podziękowałam:)





* pełnych 5 miesięcy, odliczając dni do PÓŁ ROKU.



NTKD pozdrawia przy okazji :)




zapraszam na fb

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.


wtorek, 30 września 2014

W pewnym, małym miasteczku...






W pewnym małym miasteczku... I zastanawiam się jakiego przymiotnika użyć do opisu tego miejsca. Urokliwe (ciekawe... muszę poszperać i znaleźć etymologię tego słowa) wydaje się zbyt pospolite i utarte, a miasteczko to nie jest pospolite. Więc piszę dalej...Jest to wyjątkowe miejsce. Bliskie memu sercu. Z wielką historią i z tymi mniejszymi każdego mieszkańca. (Jak mi się marzy taki projekt, aby zrobić "wielką księgę mieszkańców" foto-video ze zdjęciami/portretami z krótkimi historiami życia itp. projekt w zamyśle i w bardzo dużej fazie roboczej osadzony w mikrohistorii:)) Wracając tam czuję się jak u siebie, a jednocześnie widząc olbrzymie zmiany od czasów kiedy tam mieszkałam, buduje się dystans. Między mną a miasteczkiem. Smutno jest patrzeć jak miasto się "starzeje". Młodzi uciekają, z pracą marnie, turystyka mizerna. Tylko sklepy się budują z tanimi produktami. Miasto ma potencjał i ja to widzę, choć nie mam sił niczego zmienić, niczego ruszyć, a na wiele rzeczy potrzeba finansowego wsparcia.... Nie będę już smęcić, bo to miał być miły pozytywny post.

W pewnym małym miasteczku... urodził się mały Żyd i cudnej urody i wspaniałości umysłowej dziewczynka. Mały Żyd żył sobie tylko 3 lata w Strzelnie, a potem wyjechał z rodzicami do USA i dostał Nobla. Mała dziewczynka to ja :) Nadal czekam na Nobla :P Michelson, bo o nim wyżej mowa zbudował interferometr i jest w tym małym miasteczku tablica pamiątkowa, ulica nazwana jego imieniem i jest patronem szkoły. Ogólnie Michelson (pan z ubezpieczeń mówi Miczelson tak z amerykańska) mądry był i trzeba by było jakieś pamiątki w tym małym miasteczku z jego wizerunkiem sprzedawać :) Można też dorzucić długopisy z eko notesikami z moim wizerunkiem jako gratisy :P

W pewnym małym miasteczku...były sobie: rzeźnia, straż pożarna ochotnicza oczywiście, wieża ciśnień, stadion, sklepy, mały ryneczek. Tak na marginesie rynole to w tamtejszym dialekcie koneserzy napojów procentowych, których miejsce spotkań i rozważań egzystencjalnych połączonych z głęboką analizą i obserwacją rzeczywistości oraz wymianą najświeższych informacji znajduje się właśnie na Rynku. Czasami miejsce ich obserwacji zmienia się jednak nadal są Rynolami, i każdy doskonale ich rozpoznaje. Tajniakami to oni nie będą:) 


W pewnym małym miasteczku... jest bazylika i rotunda. W bazylice są kolumny romańskie, pięknie rzeźbione. Na południowej odnajdziemy cnoty, na północnej przywary. Jeśli daleko wam do Santiago de Compostela albo do Wenecji to zapraszam tutaj na Kujawy. Bo tylko trzy na świecie miejsca mają takie zabytki datowane na XII/ XIII wiek. Dorzucam do tego Rotundę św. Prokopa z niezwykła historią i zapachem historii wewnątrz. I pomysł na jesienną, rodzinną wycieczkę gotowy. Więcej informacji na temat namiarów na przewodnika, godzin otwarcia i cen biletów znajdziecie tutaj. Można też pojechać do lasu miradzkiego na ścieżkę zdrowia. Odkrywać przyrodę podglądać paśnik to tylko 5 km :). Zwiedzanie jest przyjemne, choć turystyka nie jest rozwinięta dlatego albo jecie fast foody ze Smakosza na Rynku i dorzucacie pyszne lody z maszyny, albo łapiecie pizzę, albo uzbrajacie się w kanapki, przekąski i inne takie, albo śmigacie do Biedy po bułki :P Wycieczka na pewno się uda, a miejsce jest idealne nawet na deszczowe dni:) 
 

W pewnym małym miasteczku... tak, tak w Strzelnie na Kujawach robiłam zdjęcia.Będzie ich bardzo dużo.

STRZELNO moje miasto






 O Dąbku Małachowskim legenda jest. Opowiedzianą można posłuchać tutaj.








Zawsze mnie fascynowała, ciekawy budynek na awangardowy klub lub plener fotograficzny. Liczę, że nie zniknie z mapy Strzelna




A, że widok jest taki jak się wraca z kościoła, więc egzystencjalne przemyślenia w niedzielę targają ludźmi ze Strzelna :P





na górce :)

Park za policją, jaki elfi mi wyszedł :)

Jordanki



Najbardziej obrzydliwe zdjęcie jakie kiedykolwiek zrobiłam


Są i nawet cielaczki od mam krów, podobno dających mleko do Danona :)
Omniom om om am am am omniom


Zdjęć zabytków nie wstawiam, bo każdy sobie zrobi na wycieczce do Strzelna :) 

Pozdrawiam NTKD




zapraszam na fb

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć oraz treści, które są moją własnością i stanowią przedmiot prawa autorskiego.